Pawilon na Wierzbięcicach – Dyskretny urok postmoderny
O polskim postmodernizmie powiedziano i napisano wiele. Dla jednych to emanacja architektonicznego kiczu, który zalał nasze miasta w ostatniej dekadzie XX i na początku XXI wieku. Inni zwracają uwagę na bardziej udane realizacje, a niekiedy całkiem niezłe wpisanie się przedstawicieli tego nurtu w miejską zabudowę. Choć jego korzenie sięgają schyłkowego PRL-u, to najbardziej rozwinął się w wolnorynkowym okresie „burzy i naporu”. Był symbolem „późnej nowoczesności”, tworzącym kostium dla niezliczonej masy „świątyń kapitalizmu”, biurowców, pawilonów, hoteli, domów wielorodzinnych, a nawet obiektów użyteczności publicznej (jak słynne „pałace ZUS-u”). Jego znaki rozpoznawcze to: fantazyjna bryła, refleksyjne szkło, odważna kolorystyka, eksperymenty z materiałem elewacyjnym, a niekiedy też, mniej lub bardziej wyraźne, pastiszowe odwołania do wcześniejszych stylów. W tym kontekście wildecki pawilon jest dość skromnym budynkiem biurowo-usługowym, którym starano się wypełnić lukę w kamienicznej zabudowie. Nie należy z pewnością do wybitnych przykładów architektury „po-mo”. Posiada jednak cechy typowe dla panującej wówczas mody. Jest więc niewątpliwym znakiem czasu.